Translations

  • Язык:
    Польский (Polska)

Odkrycie Ameryki

Pieśń pierwsza

Świeżym wiatrem znów serce pijane,
Głos tajemny szepce: „Wszystko rzuć!”
Nad polami, gdzie rosną burzany
Ptaki w locie znów się będą snuć,
Staw zapachnie niczym oceany,
Od kamieni wiew pustyni czuć.

Muzo, nasze życie bystronogie,
Uwielbiamy wierzby obok drogi,
Skrzyp miarowy kół i rzeczną dal
Na niej biały żagiel pośród fal,
Świat ten chociaż święty, pełen trwogi,
Nie ma miejsca w nim na pusty żal.

Lecz wiadomo, Bóg nie działa skrycie,
Nam, wsteczniakom, sprawił nowe życie
I w nim my – nie tylko nas odbicie,
W nim się staje żywym ten, co żył...
O, koleje losu, siecią żył,
Barwą krwi, wam Bóg dołożył sił!

I buszuje strumień rozśpiewany
Krwi gorącej, po meandrach żył.
Wciąż składamy śluby i zdradzamy,
Przechodzimy przezabawne zmiany,
Temu zaś, co zacofany był
Głód Miłości doda nowych sił .

Zwierzę szuka w puszczy bezpieczności,
Przy księżycu, krab pełznie na ląd,
Kania w locie ma we wszystko wgląd —
Głodem i wszechmocą Namiętności
Chory jest — lecący i biegnący,
Pływający z prądem i pod prąd.

Niespodziany, wesoły i krwawy,
Pełen szczęścia, smutku i zabawy,
Taki, czarującej ziemi ład;
Najpiękniejsze zaś pragnienie sławy:
Dla niej król przychodzi na ten świat,
Okręt w morzu pozostawia ślad.

No cóż Muzo, dla nas to za mało,
Choć pragniemy w samotności żyć!
O doniosłym myśli nie chcesz kryć.
Jeśli chcesz, możemy wkrótce być
W ziemiach nardu, złota i koralu
Płynąc karawelą Admirała?

Widzisz? Miasto... I świąteczny wdzięk,
Świeci słońce, jasne, jak w młodości,
Z wież rozlega się donośny dźwięk
Zwiastujący radość, nie przykrości
I nad portem, niczym ciężki jęk,
Słychać zgiełk zachwytu licznych gości.

Gdzie jest Kolumb? Powiedz panie nam!
„Jest w pustelni, omawiają tam
Mapy, z naszym przeorem Juanem;
Dla pewności — bo wiadomo wam,
Że nie wolno igrać z oceanem
Nawet najdzielniejszym kapitanom”.

Wpada przez okienne, barwne szkło
Złoto i purpura przedwieczoru.
Jak w zaczarowanych salach dworu,
Sen i jawa wspólne mają dno.
Czas cichutki, wróżka, jak na zło,
Snuje baśń i prawdy nić, pospołu.

Dzisiaj zbroję drogą Krzysztof wdział,
Stary przeor w odświętnej odzieży,
A nad nimi duch skrzydlaty stał —
Muzą Wędrowników lud ją zwał,
Ta, do której świat odkryć należy,
Która nad wędrowcem pieczę dzierży.

Dziwne i odważne wątki fraz:
„Drogą na południe? Tam był Dias!..”
„Ale, kto by jego słuchał z nas?..”
„...Przy krainie Wielkiego Mogoła
Wyspy...” – „Ale gdzie? Tu morze gołe,
Może wschód?..” – „Senior! A Marco Polo?”

Nad kamienną wieżą mrowie flag,
Stuk do drzwi – to umówiony znak,
Ale przyjaciele głusi. W ostrym sporze,
Co tam dla nich odpływ, wróci morze!..
Tyle jeszcze nie przejrzanych map,
A w podróży wiele zdarzyć może!

Kiedy na ogrody spłynął mrok,
Pochłodniało i cisza nastała,
Muza, która swą powinność znała,
Ukazała oczom admirała
Jaki ma do sławy zrobić krok,
Choć niejeden przy tym minie rok.

Pieśń druga

Karawele wciąż przed siebie gnały,
Pokonując sztil i wściekły szkwał;
Mapy nie na wiele się przydały
I admirał na busolę zdał.
Choć odważny i najbardziej śmiały,
Śniąc koszmary niespokojnie spał.

Na okrętach, zawzięcie płynących
Do cudownych ziem, złotem nęcących,
Nikt nie myślał o dniach czekających —
Pośród majtków rozpleniło zło,
Bez zapału sondowano dno,
Naprawianie żagli ciężko szło.

Astrolodzy — znamy ich nawyki —
Obliczyli gwiezdne prognostyki,
A mówiły one: „Wszystko kłam”.
Z lewej, wiatr spienione fale gnał
I straszyły, jak dzikusów krzyki
Kasandryczne proroctwa Gitan.

I na próżno z katedry prałaci
Prosząc, uderzali w tkliwy ton:
Dzisiaj żołdu nikt wam nie wypłaci,
Dopłyniemy, będziecie bogaci,
W Indiach czeka was książęcy tron,
W stancach sławią przepych tamtych stron…

Koniec marzeń! Jak strzałą trującą
Duszę razi groźnych przeczuć chłód,
Zamiast sławy – ponad siły trud
I pod wieczór — zjawą pałającą,
Krwi pragnącą i okrutnie mszczącą —
Słońce zeszło do otchłani wód.

Podróż Jose rozum pomieszała,
Chciał toporem zabić admirała,
Po czym schował się w ładowni róg
Płakał... I perswazja nie działała,
I nieszczęsny jego rozum mógł
Nie powrócić z pogmatwanych dróg.

Nocą brali liny do siadania
I szeptali — choć się chciało wyć:
„Przecież dłużej tak nie może być,
My musimy się przed słońcem kryć:
Słońce w głębię schodzi do kąpania,
Słońce nienawidzi szpiegowania!”

Kolumb buntowników nie chce gnać,
Nie wyzywa od pijanych leni;
Cały dzień na mostku gotów stać,
I z tkliwością, marzyć o przestrzeni.
Muza każe mu przy swoim trwać
I z poszumem fal śle ukojenie.

Jednak wśród załogi respekt ma,
Wielu majtków gniew dowódcy zna,
Teraz stoją cisi, niepozorni,
Choć tęsknota ich do lądu gna,
W mózgu czarna myśl za myślą goni,
Wzrok drapieżny... Jednak są pokorni!

Przecież nie do miasta, nie na rzeź,
Nie pod ostrą szpadę pikadora,
Niewrażliwym stylem dyktatora
Swoje stado chce admirał wieść,
Gdzie bogactwo i jak niesie wieść —
Nowe, lepsze trawy i jeziora.

Jeśli się ucieszy mądry mag,
Kiedy dojrzy nieznaną kometę,
Jeśli nowy odszukawszy kwiat,
Chłopcu się uśmiechnie cały świat,
Jeśli szczęście spłynie na poetę,
Kiedy nada nowy blask sonetom,

Jeśli dotrze do nas niczym dar
Skryta myśl i jej głęboki czar,
Który nas zachwyci ze wszech miar,
Stara wiekiem, lecz spojrzenie świeże...
A śmiertelnik, blask raju dostrzeże
Tylko jeśli się otworzy w wierze —

Za to Kolumb, lepszy niczym mąż,
Który pragnie podniet co i rusz:
Cud dostrzega swym duchowym okiem,
Widzi świat, nieznany wciąż prorokom,
Który gdzieś za horyzontem wciąż,
Tam, gdzie zachód brata się ze wschodem.

Pieśń trzecia

„Brzeg!..” Ten, co zajmował się flagami
Zamarł, rzucił igłę, przestał szyć,
Ten, co ściskał siwy łeb rękami
Nie potrafił łez wzruszenia skryć.
Wiatr łagodnie bawił się żaglami,
Nikt już nie chciał pod pokładem być.

Kim on był, ten pierwszy, bystrooki,
Który śledził fale i obłoki,
Dostrzegł ląd i alarm wszczął bez zwłoki,
Krzyknął tak, jakby się walił świat?
Stary sternik, dzielny pirat-chwat —
Dla Kolumba, on jak młodszy brat!

Pierwszy, według tabel wszystko liczył,
Na pożółkłych mapach cel wytyczył,
W wieszczych snach nocami bywał tam,
Drugi, cel zobaczył dzisiaj sam,
On od ptaków chyba wzrok pożyczył,
Wierny ptakom, Muzie, no i nam.

Cieszą się jak dzieci, chłopy stare,
Szczęście, wreszcie wpadło do ich rąk…
Popatrz, żuraw, ptaszysko kochane
Zmierza prosto na urwisko białe,
W sinym niebie opisawszy krąg.
Oto brzeg... Przybyliśmy na ląd.

Stary kapłan, gdy na brzegu zjawił,
Za pomyślną podróż mszę odprawił,
Modlił się: „O Boże, grzesznych nas
Nie opuszczaj...” Stwórcę pieśnią sławił,
Hymn pochwalny dźwięczał dłuższy czas,
Po czym wsiąknął w nieprzyjazny las.

Okazało się, że tu polany
Do tych naszych niepodobne zbyt...
Bo tu, na żmijowe, chwiejne liany
Stada małp wspinały i wrzeszczały
Jak grzesznicy w piekle, oset kwitł,
Krzyk kakadu trwożył jasny świt...

Jak łapczywie, po tym wielkim trudzie
Wdychaliśmy kwiatów słodką woń
I z wrażenia pulsowała skroń.
Wtem, z zarośli, co to, Boże chroń,
Śmiejąc się i krzycząc coś o cudzie,
Wyszli nadzy i czerwoni ludzie.

Jeden z nas wciąż radość swoją krył,
On jedyny taił w duszy trwogę,
W pierwszej chwili jak paladyn był
Pełen wiary, modlił się do Boga,
Teraz zaś całuje dolin pył,
Kępy traw i zakurzoną drogę.

Jak u marynarzy, goła pierś,
W uchu kolczyk, połyskuje miedź
I na smagłej szyi sznur z korala,
Usta milczą (czegóż mogą chcieć?),
W oczach żądza płonąć nie przestała,
Muzo, to stan ducha admirała.

On niezwykle zasmucony człek,
Który morzem przeszedł, jak po suszy,
Jak szachista, poprzerzucał dusze
Z krain wschodnich, gdzie rodzinny brzeg
Do ujść dzikich, bezimiennych rzek...
Co on szepcze!.. Muza to usłyszy!

„Był to najważniejszy w życiu czyn,
Ale duch mój nie osiągnął szczytów.
O Wszechmocny Boże, Boże Sił,
Gdybym kiedyś nagradzany był,
W miejsce chwały i wielkich zaszczytów,
Ześlij hańbę, zmierzchy zamiast świtów!

Bukłak szczyci najprzedniejszym z win!
Ale pusty, już nie wiedzie prym
I gospodarz się rozstanie z nim!
Ja, jak muszla, perły pozbawiony,
Strumień, dawniej tamą przegrodzony:
Nieprzydatny teraz, bo spuszczony”.

W mroku pałacowych ciemnych sal
Śmiech go zbudzi i zawistny żal
Mnichów złych i szlachty poróżnionej.
Geniusz, o szalbierstwo oskarżony!
Jak kochanek, nim się zaczął bal
Przez Wędrowców Muzę porzucony…

Milcząc, osłoniłem płaszczem twarz.
Niczym struna, wyprężony stałem,
Drżenia rąk powstrzymać nie umiałem,
Tuż przy uchu miłej szept słyszałem:
„Że Kolumbem nazywają, uraz masz…
Odpuścimy, problem to nie nasz!”

Открытие Америки

ПЕСНЬ ПЕРВАЯ

Свежим ветром снова сердце пьяно,
Тайный голос шепчет: «все покинь!» —
Перед дверью над кустом бурьяна
Небосклон безоблачен и синь,
В каждой луже запах океана,
В каждом камне веянье пустынь.

Мы с тобою, Муза, быстроноги,
Любим ивы вдоль степной дороги,
Мерный скрип колес и вдалеке
Белый парус на большой реке.
Этот мир, такой святой и строгий,
Что нет места в нем пустой тоске.

Ах, в одном божественном движеньи,
Косным, нам дано преображенье,
В нем и мы — не только отраженье,
В нем живым становится, кто жил…
О пути земные, сетью жил,
Розой вен вас Бог расположил!

И струится, и поет по венам
Радостно бушующая кровь;
Нет конца обетам и изменам,
Нет конца веселым переменам,
И отсталых подгоняют вновь
Плетью боли Голод и Любовь.

Дикий зверь бежит из пущей в пущи,
Краб ползет на берег при луне,
И блуждает ястреб в вышине, —
Голодом и Страстью всемогущей
Все больны, — летящий и бегущий,
Плавающий в черной глубине.

Веселы, нежданны и кровавы
Радости, печали и забавы
Дикой и пленительной земли;
Но всего прекрасней жажда славы,
Для нее родятся короли,
В океанах ходят корабли.

Что же, Муза, нам с тобою мало,
Хоть нежны мы, быть всегда вдвоем!
Скорбь о высшем в голосе твоем:
Хочешь, мы с тобою уплывем
В страны нарда, золота, коралла
В первой каравелле Адмирала?

Видишь? город… веянье знамен…
Светит солнце, яркое, как в детстве,
С колоколен раздается звон,
Провозвестник радости, не бедствий,
И над портом, словно тяжкий стон,
Слышен гул восторга и приветствий.

Где ж Колумб? Прохожий, укажи!
— «В келье разбирает чертежи
С нашим старым приором Хуаном.
В этих прежних картах столько лжи,
А шутить не должно с океаном
Даже самым смелым капитанам».

Сыплется в узорное окно
Золото и пурпур повечерий,
Словно в зачарованной пещере,
Сон и явь сливаются в одно,
Время тихо, как веретено
Феи-сказки дедовских поверий.

В дорогой кольчуге Христофор,
Старый приор в праздничном убранстве,
А за ними поднимает взор
Та, чей дух — крылатый метеор,
Та, чей мир в святом непостоянстве,
Чье названье Муза Дальних Странствий.

Странны и горды обрывки фраз:
«Путь на юг? Там был уже Диас!»…
— Да, но кто слыхал его рассказ?.. —
«… У страны Великого Могола
Острова»… — Но где же? Море голо.
Путь на юг… — «Сеньор! А Марко Поло?»

Вот взвился над старой башней флаг,
Постучали в дверь — условный знак, —
Но друзья не слышат. В жарком споре —
Что для них отлив, растущий в море!..
Столько не разобрано бумаг,
Столько не досказано историй!

Лишь когда в сады спустилась мгла,
Стало тихо и прохладно стало,
Муза тайный долг свой угадала,
Подошла и властно адмирала,
Как ребенка, к славе увела
От его рабочего стола.

ПЕСНЬ ВТОРАЯ

Двадцать дней как плыли каравеллы,
Встречных волн проламывая грудь;
Двадцать дней как компасные стрелы
Вместо карт указывали путь,
И как самый бодрый, самый смелый
Без тревожных снов не мог заснуть.

И никто на корабле, бегущем
К дивным странам, заповедным кущам,
Не дерзал подумать о грядущем;
В мыслях было пусто и темно;
Хмуро измеряли лотом дно,
Парусов — чинили полотно.

Астрологи в вечер их отплытья
Высчитали звездные событья,
Их слова гласили: «все обман».
Ветер слева вспенил океан,
И пугали ужасом наитья
Темные пророчества гитан.

И напрасно с кафедры прелаты
Столько обещали им наград,
Обещали рыцарские латы,
Царства обещали вместо платы,
И про золотой индийский сад
Столько станц гремело и баллад…

Все прошло как сон! А в настоящем —
Смутное предчувствие беды,
Вместо славы — тяжкие труды
И под вечер — призраком горящим,
Злобно ждущим и жестоко мстящим —
Солнце в бездне огненной воды.

Хозе помешался и сначала
С топором пошел на адмирала,
А потом забился в дальний трюм
И рыдал… Команда не внимала,
И несчастный помутневший ум
Был один во власти страшных дум.

По ночам садились на канаты
И шептались — а хотелось выть:
«Если долго вслед за солнцем плыть,
То беды кровавой не избыть:
Солнце в бездне моется проклятой,
Солнцу ненавистен соглядатай!»

Но Колумб забыл бунтовщиков,
Он молчит о лени их и пьянстве,
Целый день на мостике готов,
Как влюбленный, грезить о пространстве,
В шуме волн он слышит сладкий зов,
Уверенья Музы Дальних Странствий.

И пред ним смирялись моряки:
Так над кручей злобные быки
Топчутся, их гонит пастырь горный,
В их «сердцах отчаянье тоски,
В их мозгу гнездится ужас черный,
Взор свиреп… и все ж они покорны!

Но не в город, и не под копье
Смуглым и жестоким пикадорам,
Адмирал холодным гонит взором
Стадо оробелое свое,
А туда, в иное бытие,
К новым, лучшим травам и озерам.

Если светел мудрый астролог,
Увидав безвестную комету;
Если, новый отыскав цветок,
Мальчик под собой не чует ног;
Если выше счастья нет поэту,
Чем придать нежданный блеск сонету;

Если как подарок нам дана
Мыслей неоткрытых глубина,
Своего не знающая дна,
Старше солнц и вечно молодая…
Если смертный видит отсвет рая,
Только неустанно открывая:

— То Колумб светлее, чем жених
На пороге радостей ночных,
Чудо он духовным видит оком,
Целый мир, неведомый пророкам,
Что залег в пучинах голубых,
Там, где запад сходится с востоком.

Эти воды Богом прокляты!
Этим страшным рифам нет названья!
Но навстречу жадного мечтанья
Уж плывут, плывут, как обещанья,
В море ветви, травы и цветы,
В небе птицы странной красоты.

ПЕСНЬ ТРЕТЬЯ

— «Берег, берег!..» И чинивший знамя
Замер, прикусив зубами нить,
А державший голову руками
Сразу не посмел их опустить.
Вольный ветер веял парусами,
Каравеллы продолжали плыть.

Кто он был, тот первый, светлоокий,
Что, завидев с палубы высокой
В диком море остров одинокий,
Закричал, как коршуны кричат?
Старый кормщик, рыцарь иль пират,
Ныне он Колумбу — младший брат!

Что один исчислил по таблицам,
Чертежам и выцветшим страницам,
Ночью угадал по вещим снам, —
То увидел в яркий полдень сам
Тот, другой, подобный зорким птицам,
Только птицам, Муза, им и нам.

Словно дети прыгают матросы,
Я так счастлив… нет, я не могу…
Вон журавль смешной и длинноносый
Полетел на белые утесы,
В синем небе описав дугу.
Вот и берег… мы на берегу.

Престарелый, в полном облаченьи,
Патер совершил богослуженье,
Он молил: — «О Боже, не покинь
Грешных нас«… — кругом звучало пенье,
Медленная, медная латынь
Породнилась с шумами пустынь.

И казалось, эти же поляны
Нам не раз мерещились в бреду…
Так же на змеистые лианы
С криками взбегали обезьяны;
Цвел волчец; как грешники в аду,
Звонко верещали какаду…

Так же сладко лился в наши груди
Аромат невиданных цветов,
Каждый шаг был так же странно нов,
Те же выходили из кустов,
Улыбаясь и крича о чуде,
Красные, как медь, нагие люди.

Ах! не грезил с нами лишь один,
Лишь один хранил в душе тревогу,»
Хоть сперва, склонясь, как паладин
Набожный, и он молился Богу,
Хоть теперь целует прах долин,
Стебли трав и пыльную дорогу.

Как у всех матросов, грудь нага,
В левом ухе медная серьга
И на смуглой шее нить коралла,
Но уста (их тайна так строга),
Взор, где мысль гореть не перестала,
Выдали нам, Муза, адмирала.

Он печален, этот человек,
По морю прошедший, как по суше,
Словно шашки, двигающий души
От родных селений, мирных нег
К диким устьям безымянных рек…
Что он шепчет!.. Муза, слушай, слушай!

— «Мой высокий подвиг я свершил,
Но томится дух, как в темном склепе.
О Великий Боже, Боже Сил,
Если я награду заслужил,
Вместо славы и великолепий,
Дай позор мне, Вышний, дай мне цепи!

— «Крепкий мех так горд своим вином,
Но когда вина не стало в нем,
Пусть хозяин бросит жалкий ком!
Раковина я, но без жемчужин,
Я поток, который был запружен, —
Спущенный, теперь уже не нужен». —

Да! Пробудит в черни площадной
Только смех бессмысленно тупой,
Злость в монахах, ненависть в дворянстве
Гений, обвиненный в шарлатанстве!
Как любовник, для игры иной
Он покинут Музой Дальних странствий…

Я молчал, закрыв глаза плащом.
Как струна, натянутая туго,
Сердце билось быстро и упруго,
Как сквозь сон я слышал, что подруга
Мне шепнула: «Не скорби о том,
Кто Колумбом назван… Отойдем!»

Рейтинг@Mail.ru